Długi weekend zaginął w akcji. Nie zaplanowałam nic, ale tak się składa, że zaplanował się - i to po brzegi - sam. Piątek: świętowanie pewnych zaręczyn, a potem spotkanie palestry, sobota: hiszpańskie karaoke (z uwagi na tych, którzy nie znają np. starych ludowych pieśnie tego narodu, zezwolono mi pozawodzić Love me tender :-)) Jako osoba coraz starsza musiałam to wszystko solidnie odespać i już było po weekendzie.
Jeszcze tylko zdążyliśmy wcisnąć w ten plan jakieś niedobre mokotowskie sushi i W ciemności Agnieszki Holland. Coraz więcej jest wszędzie nad tym filmem zachytów, a ja bym jednak nie przesadzała. Nie ma klęski, jak z Katyniem, ale też Lista Schindlera to nie jest. A moja najulubieńsza aktorka Agnieszka G. po raz kolejny pokazuje, jak można własną dykcją pozbawić całą swoją partię wiarygodności oraz wyrazu.
Dużo lepiej oglądało mi się amerykańską Chciwość J.C. Chandora o początkach kryzysu finansowego w USA. Jedna noc w banku inwestycyjnym, która być może faktycznie rozkręciła na rozedrganym rynku światowym panikę, która wciąż nam się ślicznie rozwija i składa nowe prezenty...
A teraz chcę na Rzeź.
Rok smoka miał prawdziwe smocze wejście. Fruwały balony, strzelały fajerwerki (ale było je tylko słychać, bo szpital zasłaniał :-)), ludzie tańczyli na stołach w barze - bo w sali do tańca muzyka była bardziej niż beznadziejna, a obsługa baru włączyła sobie oldies :-) - i nikt im nie bronił, a ostatnie dzielne szeregi naszej ekipy o własnych siłach wypełzły z Solca po 4 rano przetańczywszy wcześniej kilka godzin bez chwili przerwy... I nie miałam ani grama kaca!
To zapewne zasługa tego, że jedną whisky wylałam, drugą zgubiłam, trzecią mi podprowadzono prosto z pod nosa, a po kolejną poszłam, ale jakoś wróciłam bez :-), no i sylwestrowego menu, które było bardzo pouczające (nauczyłam sie przynajmniej pięciu zupełnie nowych słów), a wyglądało tak:
Na początek był gravlax w burakach i złotej tequili,
następnie: shot z ostrygi i sorbetu zanurzony w siwusze z cytryną i kiełkami skalnego szczypioru (sic!)
potem: galaretka z buraka, pomarańczy oraz kostki galaretek z sosu z pieczonego mięsa i zabielanej zupy ogórkowej.
Ale to nie koniec, następne były:
- krem z topinamburu z olejem z pestek dyni i czipsami z chrzanu (to było cudowne)
- antrykot z sezonowanej wołowiny rasy Limousine (nie tknęłam, bo megakrwisty) z bitą śmietaną z borowikami i ziołami oraz puree w trzech odsłonach: z pasternaku z estragonem, marchwi z rozmarynem i gryczanym miodem orz z ziemniaków z gorczycą
oraz - last but not least: gruszki flambirowane buraczanym rumem tuzemskim z żaglem z ciasta filo pięciu smaków (sic!) oraz ogórkowe concasse z miodem i pieprzem czerwonym oraz kiełkami miodowymi.
Czysta poezja to była :-)
A dziś cały świat, jak co roku, ma wolny dzień i zastanawia się, co dalej.
Cały świat wygląda tak (to bardzo fajny projekt był, szkoda, że nie zdążyłam wziąc w nim udziału, bo dopiero zacznę sie uczyć robić filmy...):
Rok naprawdę wielu wielu ważnych wydarzeń, na szczescie prawie wszystkich dobrych, zarówno na własnym podwórku, jak i dookoła :-)
Białe futro kupione (serio serio) - wprawdzie rozmiar 34, ergo najmniejszy akceptowalny w moim przypadku, ale nie skrzypi przy podskakiwaniu, więc może być :-D Ostatnie było, nie miałam wyjścia :-D
Złota suknia cierpliwie czeka już od dawna :-D
Poświąteczny marazm trwa, głównie służbowo: pracuję zupełnie bez przekonania, ale za to na jodze wykonuję akrobacje, o jakie bym sie sama nie podejrzewała, a w szafie czeka złota suknia na sylwestra. Tylko białe futro ciągle nie upolowane :-D
Poza tym jestem już zaklepanym uczestnikiem kursu dla filmmakerów, choć także bez większego przekonania, bo jakoś ostatnio kino na mnie kompletnie nie działa i właściwie mogłabym żyć bez, albo mi się tylko tak głupio wydaje.
Tylko w ostatnich kilku dniach zaliczyłam 99 franków w reż. Jana Kounena (takie tam coś a la jeszcze bardziej współczesne Fear and Loathing in Las Vegas, aczkolwiek za kreskówkową scenę z jazdą samochodem po nocnym mieście należy się chapeaux bas), Moją Krew Marcina Wrony (chropowate kino w rodzaju Wymyku czy Chrztu, mamy coraz szerzej reprezentowany nowy nurt i bardzo dobrze) i Chłopaka do towarzystwa Shari Springera Bermana i Roberta Pulciniego. Choć to wszystko naprawdę udane filmy, kompletnie jakoś nie przeniknęły nigdzie głębiej. Pocieszam się, że może po prostu nie były tak dobre, jak mi sie wydawało.
Na prawdziwe pocieszenie mam od czasu Świąt (wreszcie!) najprawdziwszą reżyserską wersję Wielkiego Błękitu :-) Aż się boję ją obejrzeć.
Mam też stertę książek, bo rodzina absolutnie nie przyjęła do wiadomości, że przeniosłam się na Kindle'a. Na swoją kolej, która, mam nadzieję, nadejdzie, czekają więc:
- Kocha, lubi, szanuje... Allice Munro (to do czytania w tramwaju)
- Zanim dopadnie nas czas Jennifer Egan (Pulitzer 2011)
- Wyspa niesłychana Eduardo Mendozy
- Drwal Witkowskiego (no to pod choinką było dla mnie absolutnie zaskoczenie)
- Marzenie Celta Mario Vargas Llosy (to akurat bardzo chętnie przeczytam)
- Powrót Młodego Księcia Alejandro Guillermo Roemmersa (a z tym mam zagwozdkę, zobaczymy: napisane przez Argentyńczyka, akcja zahacza o Patagonię, ale nie wiem, nie wiem; dlaczego ktoś uparł się na sequel i w związku z tym na taki tytuł? No, póki co, nie wiadomo)
Dwie pierwsze bardzo chciałam, bo to takie lekkie czytanie, mam nadzieję, że nie rozczarowujące przy okazji :-/
A na Kindle'a też coś dostałam: Trzy wiedźmy Pratchetta, żeby dowiedzieć się, kto ta Esme Weatherwax...
Poza tym bardzo mnie cieszy, że Mikołaja Łozińskiego nominowali do Paszportów Polityki. To jest jedyna osoba niemalże dokładnie w moim wieku, której tak strasznie zazdroszczę tego, jak pisze. Nie jakaś tam Drotkiewicz czy inni Witkowscy, dobrzy może, skądinąd. Łoziński może naprawdę być kiedyś pisarzem całego świata. Oby.
Errata: raczej mógłby, gdyby pisał na przełomie XIX i XX lub w I połowie XX wieku :-/
Z rzeczy bardziej przyziemnych, Sylwester będzie na Solcu - z mocnym akcentem kulinarnym i - mam nadzieję - przytupem. Jak mawiała Bridget Jones: Let's see, shall we?
A propos BJ: próbowałam, naprawdę próbowałam się przestawić zimą na grzane piwo, bo takie przytulne etc.
Ale niestety nic z tego. Martini soda rulez :-///
W ogóle bycie słomianą świąteczną wdową niezwykle mi odpowiada.
A trailery udanych, ale nie poruszających filmów z tego tygodnia wyglądają tak:
