Zbyt długie siedzenie w domu, które doprowadza mnie już do szaleństwa (a to na razie tylko jeden dzień...), mimo upiornego poczucia bycia więźniem, jakie daje, ma też dobre skutki. Wprawdzie dużo zdrowsza nie jestem, ale mam już np. bilet na lipcowy koncert CocoRosie na Nowych Horyzontach :-) We Wrocławiu w lipcu będzie też Hanne Hukkelberg, ale nie można mieć wszystkiego, poza tym na koncercie Hanne juz kiedyś byłam, a na CocoRosie - nie.
Zupełnie przypadkiem, włócząc się po sieci, znalazłam też parę niesamowitych albumów, które - a jakże - w większości powstały w Skandynawii. Zdaje się, że skandynawska muzyka mieści się w moim karassie (chociaż w karassie mogą się chyba mieścić tylko ludzie) :-) A iTunes Store oferuje chyba prawie wszystko, co bardzo doceniam, bo jakoś wcześniej miałam zazwyczaj ogromne problemy z doszukaniem się gdziekolwiek tego typu muzyki.
Pierwsza rzecz, która wpadła mi w ręce to (akurat nie skandynawskie, bo australijskie) Hungry Ghosts. Tu są trochę rzewni, ale potrafią naprawdę bardzo różnorodnie grać:
Druga rzecz to - już skandynawska - Soley. Najpierw kupiłam płytę, która wydawała mi się bradzo znajoma, potem okazało się, że to jedna z poszerzonego składu Seabear. Jest absolutnie porażająca, aż nie wiadomo, którą piosenkę wrzucić:
A ostatnia pani, to pani, która zalegała mi od dawana w pakiecie muzyki dostarczonej na Wigilię przez Ewę (a jakże :-)). Nazywa się Agnes Obel i jest Dunką (ale mieszka w Berlinie). Jest dosyć spokojna, a czsem uderza w takie rytmy, jak Yann Tiersen, kiedy gra na harmonii na Rue de cascades:
Oczywiście dużo bym dała, żeby móc coś słyszeć, nie mieć zamiast głowy pulsującej kuli ziemskiej, a skoro jesteśmy przy kulach, to nie chciałabym też tej ognistej kuli w gardle i wolałabym nie produkować hektolitrów bezużytecznego kataru.
Skoro już jednak to wszystko mam, trzeba z tego skorzystać. Nie idąc na ScriptFiestę (warsztaty scenariuszowe w WSJ), choć to straszna szkoda, ale wtedy nigdy bym się nie wyleczyła. Zwolnienie opiewa na trzy dni plus dwa dni weekendu, co oznacza, że mam pięć dni na domowe rozrywki w rodzaju oglądanie łamane przez czytanie. Mówić nie mogę za bardzo, więc nie będę godzinami wisieć na telefonie z Niezastąpioną Babcią M., co robię zawsze, gdy mam w końcu jeden prawdziwie wolny dzień.
Co będzie oglądane, jest sprawą prostą: może uda mi się zaliczyć cały drugi sezon Mad Men. Wprawdzie zaczyna się słabo, ale jako zakochana we wszystkich bohaterach jakoś to przeboleję.
+ jeśli dam radę na warsztat trafi parę przedstawień wywołującego ostatnio gorące polityczne debaty Teatru Telewizji, np. Księżyc i Magnolie Macieja Wojtyszki oraz przywieziony niegdyś z Korei Płd. dokument o sytuacji na granicy z Koreą Płn.
Co do czytania, to na tapecie jest Laska nebeska Szczygła, ale to mała broszurka niemalże, jedno popołudnie i już. Dlatego juz drogą ulubioną moją od jakiegoś czasu nabyłam Stary Ekspres Patagoński. Pociągiem przez Ameryki Paula Theroux, Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych Liao Yiwu oraz Mury Hebronu Stasiuka (bo nigdy nie czytałam!).
Plus mam nadrgryzioną The Lifeboat Charlotte Rogan i masę innych rzeczy, ale to jak zawsze.
Niesamowicie mnie cieszy, że polskie sklepy z ebookami zaczęły sprzedawać wesje MOBI z watermarkiem, co oznacza, że nie trzeba w nieskończoność łamać DRM-ów i aż przyjemnie się ściąga z księgarni te pliki. Oczywiście nie ma zapachu świeżego papieru, ale za to nie ważą nic a nic i w małą podróż autobusem można zabrać całą bibliotekę do czytania, do wyboru zależnie od nastroju.
Zamykając niezamknięty temat DocReview: na część filmów nie dotarłam (fabryka jest niezwykle skuteczna w utrudnianiu dotarcia wieczorem dokądkolwiek), ale z tych, które widziałam w ostatnich dniach, właściwie wszystkie zasługują na polecenie.
Najbardziej Chwała dziwkom Michaela Glawoggera, reżysera m.in. Megamiast, które też są arcydziełem. Chwała dziwkom - dokument o prostytutkach w Meksyku, Bangladeszu i Bangkoku. Nie wiem, jak Glawogger to robi, że mu te dziewczyny tak otwarcie mówią prosto do kamery, może im już po prostu wszystko jedno, ale robi to piorunujące wrażenie. Najsmutniejsze jest w tym to, że i tak żaden z odbiorców tych usług zapewne nie obejrzy tego filmu. Bo ja mogę tylko współczuć.
Z zawodowego punktu widzenia niezłą robotę odwalił Fredrik Gertten, montując dokument Banany c.d. z tego, co rejestrował po opublicznieniu swojego filmu Banany na temat nadużyć, jakich dopuszcza się w Nikaragui koncern Dole. Druga część Bananów to zapis prób, jakie podjęła firma, by usunąć film z ludzkiej świadomości. Przed festiwalem filmowy w LA, gdzie film został pokazany na przemieściach, organizatorzy - zszantażowani przez koncern - przeczytali oświadczenie nadmieniające m.in, że film jest kłamliwy (choć już wtedy firma była po etapie procesu, w którym przyznała, że zaiste mogła lepiej rozegrać warunki pracy w Nikaragui), wiceprezes koncernu osobiście straszył mailami każdego z blogerów, i lokalnych dziennikarzy w Szwecji, którzy nagłaśniali sprawę filmu. Dole pozwał reżysera, całe jego minibiuro producenckie i szykował się koniec Gerttena i jego działalniości.
Nasilające się zabiegi firmy tak jednak zniechęciły ludzi, którzy interesowali się całą sprawą, że ostatecznie Szwedzi przestali kupować i zamawiać produkowane przez nią owoce. Wtedy Dole wycofał pozew.
Pytałam obecnego na projekcji posępnego (z natury chyba) Gerttena czy - wiedząc dziś, ile taki materiał może kosztować nerwów i jak bardzo może zniszczyć czyjeś życie (reżyser nigdy nie wypłaciłby się z kar, gdyby Dole jakimś cudem wygrał, a sądy są różne) - chciałby zrobić jeszcze inny tego typu materiał i powiedział, że tak. To znaczy, że jednak dziennikarstwo - takie prawdziwe, na serio, dzięki któremu można zrozumieć, o co chodzi z czwartą władzą - może przetrwa:
I po raz kolejny, last but not least, Ambasador Madsa Brueggera - egzotyczny dokument o tym, jak za pieniądze, kompletnie na lewo, choć z prawymi papierami (bo, jak się okazuje, państwa afrykańskie dość chętnie nimi szastają) można zostać konsulem Liberii w Republice Środkowowschodniej tylko po to, by - pod dyplomatycznym płaszczykiem - móc stamtąd wywozić diamenty. Korzyści są zazwyczaj obopólne: państwo, zanim przekaże komuś jakiekolwiek diamenty, które w biednej Afryce same z siebie nikogo nie nakarmią ani nie przyodzieją, wyskubie z niego ostatnie grosze na przygotowania do poszukiwań i inne mnożące się konieczności. A za te grosze już żyć można.
Byłoby nawet zabawnie oglądać ten w sumie w formie często śmieszny film (Bruegger jest komikiem), gdyby nie to, że podczas jego realizacji dwóch drugoplanowych bohaterów zginęło w niejasnych okolicznościach...:
A jak tylko wydobrzeję, idę najpierw na balkowene raclette (sic!) a następnie na równie balkonowe otwarcie sezonu, wyprzedaż w Desigualu, rower oraz rolki, na jogę oraz z pięć razy do kina - o.
Zmarł Carlos Fuentes, którego Wszystkie szczęśliwe rodziny są - obok W Patagonii Chatwina i może jeszcze paru innych rzeczy, o których chwilo nie pamiętam z nadmiaru zamieszania dookoła i braku dobrej pamięci - najlepszą książką, jaką dotąd czytałam. Taką jakby zupełnie we mnie wrośniętą. To bardzo rzadkie uczucie, na pewno nie ma nic wspólnego ze zwykłym podobaniem się.
To nie jest dobry rok. W styczniu zginął Theo Angelopoulos.
